#pieczarki?

wtorek, 14 października 2014

Urlop

listopad, godzina 5:00, Londyn, dom Jamesa Bonda

     Wstałem wcześnie rano aby zdążyć podjechać pod Shatle. Na Leftwood Street było pusto i cicho. Małe osiedle (jak na Londyn) jeszcze spało.
Spojrzałem na kartkę i podszedłem do odpowiedniej klatki. Wcisnąłem numer i od razu drzwi się otworzyły. Winda była stara, zardzewiała i skrzypiąca. Wysiadłem z niej na 8 piętrze. Podszedłem do odpowiednich drzwi i zapukałem. Cisza. Zadzwoniłem dzwonkiem. Cisza. "Śpi? Ale mówiłem, że będę bardzo wcześnie rano..."
- Bu. - tuż za mną szepnęła Shatle.
- Co ty tu robisz?
- Hmmm... pomyślmy... mieszkam?
- Ale tu?
- Biegałam - wyciągnęła dwa małe klucze i podeszła do drzwi - co ty tu tak wcześnie?
- Mówiłem.
- Ale nie wiedziałam że tak wcześnie wstajesz... no nic. - byliśmy jeż w środku - usiądź sobie a ja się pójdę przebrać. - to mówiąc wskazała krzesło w kuchni.

<<>>>

Hidi... powiedz mi, jak tu będzie szedł.

<<>>>

Po pięciu minutach przyszła ubrana, pachnąca i spakowa
na. Usiadła na blacie kuchennym i zaczęła przypinać sobie wsuwkami warkocz do głowy. Otworzyła szafkę, z której wyciągnęła zakurzone pudło. Nożem rozcięła starą taśmę. Ze środka wyciągnęła perukę - długie, kręcone, blond. Założyła na siebie. Oniemiałem. Widziałem wiele szpiegowskich gadżetów ale tak realistycznej peruki - nigdy. Spojrzała mi prosto w oczy.
- James... James... - uśmiechnęła się i kwiwnęła głową - James Bond...
- Tak?
- Co? Eeeee.... to nie do ciebie... przepraszam... myślałam na głos.. Wstawaj. Jedziemy.

   Cisza. To, to co słyszałem przez kolejne 3 godziny. Nie wiem jak to działa. Kim ona jest? Czasami kiedy koło niej siedzę lub na nią patrzę, czuję jakby smutek... tęsknotę... szarą aurę...
- Jesteśmy na miejscu.
- O. To ty coś mówisz.
- Haha - powiedziała ironicznie - Kilka zasad. Najpierw dwie. Pierwsza : na imę mam Marta. Jeżeli mnie nazwiesz inaczej (a zwłaszcza "Shatle") to cie zamorduję tymi rękami. Druga : Jeżeli mówię, np. nie dotykaj tego - to tego nie dotykasz. - spojrzała na mnie. Otworzyłem usta aby coś powiedzieć ale ona przyłożyła mi palec do ust. - ciiiiii - zbliżyła się do mnie. Poczułem jej brodę na moim ramieniu... <klank> otworzyły się drzwi. - Wychodzisz czy nie?!
Kolejne małe osiedle. Las z prawej, bagna z lewej. Zrobiłem wdech i poczułem znajomy zapach... przypominał mi coś... coś smutnego... tylko co?
- Marta? To naprawdę ty?! - powiedziała starsza pani, która właśnie do nas podeszła.
- Laura! Kopę lat! Ile my się nie widziałyśmy?!
- Nie pamiętam... Co u ciebie?
- Dobrze. A u ciebie? Ile to już masz wnucząt? Co u Matta?
- Dziękuję, świetnie. 9. Matt rozwiódł się wczoraj z tą... wstrętną... idiotką... Ja nie wiem... jak on w ogóle mógł się z nią zadawać... ja mówiłam... nieee... ona jest zła... nic ci dobrego nie da...
- Laura?
- A przepraszam, zamyśliłam się. Na czym to ja? Aha! U mnie dobrze.
Wyszedłem zza auta z walizkami i zobaczyłem uroczą staruszkę plotkującą z Shatle.
- UUUUUUU... A co to za ciacho?! Marta?! To twoje?!
- On? Nie! On jest tylko moim znajomym.
- "Znajomym"... - uśmiechnęła się - wszyscy wiemy co miałaś na myśli... "znajomy"... - w jednej chwili uśmiech zszedł jej z twarzy -czekaj!... A co się stało z...
W tym momencie Shatle jej przerwała. Zabrała swoją walizkę i pognała do przodu z Laurą. Zawołała mnie i wyciągnęła klucze. Kiedy podszedłem do nich rozmawiały o Macie (kimkolwiek on jest).
- Dobrze, muszę zmykać - powiedziała Laura - trzymaj się. A ty - spojrzała w moim kierunku i puściła mi oczko - jak będziesz wolny to daj mi znać... będę czekać. - odwróciła się i poszła.
- Kim ona była?
- Sąsiadką. Mieszka tu odkąd pamiętam. Jak jej syn, Matt, był młody i sprowadzał dupy do domu, to przekonywałam się jak bardzo cienkie mamy ściany... albo to oni byli głośno...
- Czemu tak sądzisz?
- Za ścianą mojej sypialni jest jego...

Apartament był w miarę duży. Jedna duża kuchnia, jeden duży pokój,  dwie sypialnie (jedna z podwójnym łóżkiem), duża łazienka, mała toaleta, mały gabinet, mały balkon i duży, pusty, bardzo mocno oświetlony pokój. Poszedłem się wykąpać a Shatle w tym czasie... hmmm... co ona w tym czasie...? Kiedy wyszedłem z łazienki usłyszałem cichutką spokojną piosenkę. Poszedłem w jej kierunku i trafiłem do tajemniczego jasnego pokoju. Lekko wychyliłem głowę zza drzwi i zobaczyłem.. tańczącą Shatle. Poruszała się z takim spokojem, melancholią... odniosłem wrażenie że ona nie tańczyła, tylko czarowała: mnie i całe otoczenie dookoła. Czułem się taki uspokojony... taki wyluzowany... było mi tak dobrze... w pewnym momencie piosenka się uciszyła a Shatle odwróciła się w moim kierunku i do mnie podeszła.
- Trzeba iść zrobić zakupy.
Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Wciąż ogarniał mnie ten spokój. Byłem myślami w innym świecie. Doszedłem do siebie, kiedy Shatle wylała na mnie szklankę wody krzycząc "Halo?! Jest tam kto?" . Wytarłem twarz.
- Tak jestem.
- Idziemy na zakupy. Pozwolisz że od początku podyktuję ci zasady poruszania się po osiedlu, i sklepach. Po pierwsze: masz NIE zachowywać się podejrzanie. Dwa: Jak tylko podasz twoje prawdziwe nazwisko i imię to cię zamorduję. Trzy: jesteś sympatycznym mężczyzną, który jest poetą. Piszesz powieści. Zanim wyjdziemy poczytaj coś o twoich dziełach... leżą w pokoju obok na górnej półce. Cztery: to wynika też trochę z pierwszej, jak się ktoś ciebie o coś pyta to odpowiadasz. Pięć : uśmiechasz się do ludzi. Sześć: poznaliśmy się na koncercie Briana Craina. Siedem: nie podpadnij Harrisowi. Najlepiej by było gdybyś się z nim zaprzyjaźnił. Osiem: nie pyskuj. Dziewięć : udawaj mojego przydupasa... no wiesz takiego leciutkiego. Dziesięć: Uważaj na Laurę. Ma swoje 80- kilka lat, ale to nie zmienia faktu że ładne dupy to ona lubi. Już cię taką mianowała więc uważaj. - podeszła do szafki i wyciągnęła z niej wodę. - Idź czytać. Za pół godziny chciałabym już wyjść.

           Na półce znalazłem stertę teczek. W środku pierwszej znalazłem 100 stron jakiegoś opowiadania o wichrowym wzgórzu. W drugiej 60 stron o wietrze. "Wiatr jest wszędzie. Tak jak powietrze. Jest wszędzie. Widzi wszystko. Słyszy wszystko. Towarzyszy nam podczas każdego wdechu i wydechu. Był przy starcie Apollo, był przy naszych narodzinach, jest podczas każdej 6 w szkole, przy każdym chorym, smutnym dziecku, jest podczas każdego pocałunku, podczas każdej szczęśliwej i smutnej chwili, podczas każdej łzy... Wiatr wie wszystko... Gdyby tylko potrafił mówić powiedział by nam tak wiele. Mógłby nas tyle nauczyć... Niestety. Jedyne co nam daje to szelest liści... myślicie że to zwykły szelest? Ja to odbieram jako dźwięk, jako fragment piosenki. Kilka drzew i mamy całą symfonię. Symfonię wiatru. Melodię opowiadającą o kolorze włosów Platona, o każdej nucie zapisanej przez Mozarta...". Nie wiedziałem co myśleć..
Podczas zakupów spotkałem wiele sympatycznych osób. Sam Harris okazała się być bardzo sympatyczny. Kiedy wracaliśmy z powrotem, szliśmy długą aleją dębów. W końcu nie wytrzymałem i zapytałem:
- Skąd wzięłaś ten tekst o wietrze?
- O wietrze?
- Ten co miałem przeczytać, o tym że wiatr jest wszędzie...
- A! Ten... Emmm... A co?
- Zastanawiam się. Ciekawy był.
Uśmiechnęła się.
- To miło. Ten tekst pochodzi stąd. - to mówiąc pokazała palcem swoje serce.


%%%%%%%%%%
Yo!
Ponieważ kilka osób mi narzekało że za długie opowiadania piszę to niestety musiałam zakończyć w tym miejscu. Przy następnym opowiadaniu dodam obrazki. Aktualnie nie mam warunków do zeskanowania... więc... do następnego <3
Piosenka na dziś to "Anything You can do I can do dumber"



P.S.
Tak samo jak na "nie śpię" mile widziane są komentarze :D

Wasza Zuzu
~Audycja zwiera lokowanie produktów

wtorek, 7 października 2014

Poznaj

listopad, godzina 16:00, Londyn, siedziba główna CSI (czyli nowe MI6)

  Wszedłem do sali gdzie już na mnie czekał Lucas, M i Shatle. Zostałem podpięty do aparatury i wszedłem na bieżnię. Młody pomocnik Lucasa chciał założyć aparaturę na Shatle ale ona i M w tym samym momencie, stanowczo, powiedziały "nie". Bez żadnego problemu biegała na wyższych obrotach niż ja, przy brzuszkach podobnie... cokolwiek nie robiłem, albo była szybsza albo silniejsza. Przy strzelnicy podszedł do niej Q i podał jej Berettę (pistolet), lecz Shatle obrzydzona spojrzała w stronę M, która kiwnęła głową. Szczęśliwa Shatle kazała się odsunąć wszystkimi z bronią palną. Wyciągnęła z kieszeni swój sztylet i bez zamachu, bez żadnego wysiłku, bez zmęczenia, w ciągu 1 setnej sekundy trafiła idealnie w środek manekina. Gdyby tylko tyle. Przebiła manekina na wylot. Kobieta asasyn. W całym swoim życiu spotykałem wiele silnych kobiet, ale Shatle jest... poza konkurencją. Po jej pokazie władania nożem (a właściwie nożami) uważnie obserwowała jak ja sobie radzę. Wychodząc z sali Shatle puściła do mnie oczko i szepnęła "praworęczny". Nie przystąpiła do testów psychologicznych. Sam do nich podszedłem. 2 godziny później przyszły wyniki. 
- Lepsze niż pół roku temu. - powiedziała M - ale to nie zmienia faktu że wciąż są kiepskie. Kiedy pojedziecie na urlop, Shatle proszę cię, poćwicz z Jamesem.
- A co mamy poćwiczyć?
- Sprawność fizyczną Jamesa. Jest dobra ale możesz sprawić aby była lepsza. Agent Q chciał się koniecznie z tobą widzieć.
Shatle skinęła głową i wyszła. Kiedy drzwi się zamknęły M nacisnęła guzik i przez mikrofon powiedziała "Q, idzie do ciebie Shatle. Zajmij ją czymś". Puściła guzik.
- Masz jakieś konkretne plany co będziesz robił podczas urlopu?
- Nie - odpowiedziałem.
- To dobrze. Jak już wspomniałam: Shatle jedzie na urlop. TY będziesz wciąż w pracy. Z góry cię uprzedzam iż będą to aż 3 misje. Pierwsza, Wydobyć z niej jak najwięcej wiadomości o "wilkach", ale tak by była tego nie świadoma, lub nie zrozumiała o co chodzi. Druga, chroń ją. Opiekuj się nią. Jeżeli coś się stanie, połóż ją na łóżku, zadzwoń do mnie. Trzecie, [...]

<<>>>
- Pssst... Lucas! - starałem się go zawołać - Shatle tu idzie. Czym mam ją zająć?
- Idzie tu? Ty masz ją czymś zająć? Powodzenia. - odwrócił się i poszedł dalej.
- Lucas! Ratuj!!
- Jak ci mam pomóc? Śpieszy mi się.. 
Wszyscy na sali odwrócili się do swoich komputerów i udawali że są czymś bardzo zajęci. Shatle właśnie zeszła po schodach i szła w moim kierunku. "Tworzysz cacka a z nią nie potrafisz sobie poradzić? Myśl, młody, myśl..."
- Komputer włączony? - zapytała.
- T-tak, a co?
- Wpisz te dane - podała mi karteczkę.
- E32455GYh3ss1W? Co to i po co ci to?
- Coś ty taki ciekawski? Wpisuj nie marudź.
Po wpisaniu danych wyskoczyły cyfry - od 1 do 97.
- 30 - powiedziała wpatrując się z zaciekawieniem w ekran.
- Ale...
- Klikaj!
Pusty ekran.
- Znajdź telefon, który odbiera / odbierał w tamtej okolicy.
- 30-30-30-30
- Ok. Wyłącz to. 
- Ale...?
- Bo ja wyłączę.- to mówiąc podeszła do kontaktu.
- Nieee!! Ja wyłączę! 
Zapadła cisza. Siedziała koło mnie i patrzyła na monitor. Była bardzo zadumana, myślała nad czymś i to bardzo mocno. Zastanawiałem się, co powiedzieć. Po pięciu minutach totalnej ciszy, spojrzała na mnie.
- Umiesz się bić? 
- Co to za pytanie? - zapytałem baardzo zdziwiony. 
- Nie umiesz. A wiesz że powinieneś.
- Że niby ty chcesz mnie uczyć? ... Zresztą po co?
- Eh... Dobra. Może zacznę od tego... Wiesz co było najważniejszą rzeczą w apteczce podczas II wojny światowej?
- Bandaż?...
- Nie. Pistolet. Najczęściej rewolwer. Dobra. Drugie pytanie. Dlaczego?
- Nie wiem...
- Zasada RWD. Co to znaczy?
- Nie wiem.
- Ratuj Własną Dupę. Lepszy jest jeden ratownik i jeden poszkodowany niż dwóch poszkodowanych. Idąc ty tokiem myślenia. Jesteś do dupy hakerem jeśli nie potrafisz się bronić. Czwarte pytanie. Wiesz dlaczego to robię?
- Bo się nudzisz?
- Nie. Bo znając EmMę i tak da mi takie zadanie. Wszyscy przejdziecie treningi. Ja sobie od razu wybrałam ciebie. Wiesz dlaczego?
- Nie wiem - odpowiedziałem kompletnie załamany.
- Bo jesteś moim ulubieńcem - puściła oczko i odeszła od biórka.
- A ty gdzie? Na papieroska?
- Nie. Na wódę. 

<<>>>
 Wyszedłem z gabinetu M i poszedłem w kierunku toalet. Stara rana zaczęła mnie boleć. "Pół roku, i wciąż boli? Bez przesady..." . Rozejrzałem się czy nikogo nie ma. Ściągnąłem koszulę i spojrzałem na ramię... tuż za mną otworzyły się drzwi. W środku kabiny siedziała Shatle z laptopem na kolanach. Siedziała sobie spokojnie po turecku.  Jedną ręką opróżniała piersiówkę, a drugą pisała coś bardzo szybko na klawiaturze.
- Boli? - zapytała jakby nigdy nic.
- Co?
- Nie wydurniaj się... ramię.
- Nie...
- Nie kłam dobrze widziałam. Chodź tu. 
Zdziwiony wszedłem do jej kabiny.

<<>>>
   Odłożyłam laptopa i pustą piersiówkę na kiblu. Lewą rękę dałam mu z tyłu na łopatce, a prawą z przodu na ramieniu. 
- Na trzy - powiedziałam. - Raz...- po czym bardzo szybko docisnęłam prawą rękę do lewej. <chrup>
- Dwa i trzy. Liczenie takie trudne?
- Boli czy nie?
- ... - zamilknął. Patrzył mi prosto w oczy.
- Masz ze zniżką dla pracownika miesiąca. Polecam się na przyszłość czy coś..
- Dziękuję... - dodała zdziwiony.
- Stare rany lubią dawać o sobie znać. - odwróciłam się aby usiąść na klopie, kiedy poczułam jego wzrok na mojej dupie. " no nie... Nazwisko zobowiązuje..." "i się zaczyna. Liczymy czas od teraz do kiedy będzie próbował mnie przelecieć".
- Wiesz że to jest męski? - zapytał z lekkim uśmieszkiem.
- Wiem. Masz jakiś z tym problem? 
"enter"  i zadanie wykonane. Pusto i czysto żadnych śladów po włamaniu ... oj biedna policja. Tak im się nieładnie włamałam. ... Niech cierpią... Diabełek ze mnie.

%%%%%%%%%%
Od autora:
Yo! Przepraszam. Nie mam czasu tutaj pisać. Jak napiszę, to napiszę na "nie śpię". Dobranoc. A! Zapomniałam! ... -_- ... Ja NIE ŚPIĘ

Audycja zawiera lokowanie produktów
~CiaooOoOOoOoOOoOo
Wasza Zuzu

sobota, 13 września 2014

Broń 103

listopad, godzina 19:00, Londyn, siedziba główna CSI (czyli nowe MI6)
   Byłem już w gabinecie M. Przeszedłem kontrolę czystości. Czekałem na wyniki.
- Cały zdrowy, żadnych pluskw, nie zahipnotyzowany. Nic ci nie zrobiła. - powiedział Lucas.
- Aż to do niej nie podobne... - odparła M - ... no nic, dziękuję Lucas. Prześlij mi potem dokładne wyniki badań.
Lucas kiwnął głową i wyszedł
- Jak się czujesz?
- Dobrze, ale wciąż nie mogę zrozumieć, co ona takiego zrobiła że wymagało to tyle policji...
- Bond, skończ już. Dobrze zrobiłam że po nią wezwałam ich wszystkich. Wsadziłam ją do więzienia... całe szczęście. Dobrze, teraz wracajmy do roboty.
- Ale M...
- Koniec. Robota czeka. Nie mamy czasu na głupstwa. - nacisnęła guzik - Q, podejdź do mojego gabinetu.
Po jakimś czasie przyszedł Q. Zaczęliśmy rozmawiać o kolejnych etapach tej misji. Skończyliśmy nad ranem. Pojechałem do domu. Trudno mi było zasnąć. Nie potrafiłem przestać myśleć o tym co zaszło tego dnia. Widziałem jej twarz. Ją leżącą tuż przy moich nogach... Tego samego dnia ok. godziny 12 w południe spotkałem się z M w jej domu. Tym razem miałem zamiar to powiedzieć...
- Ile razy mówiłam ci żebyśmy do tego nie wracali..
- M, ona nie chciała mnie zabić. - starałem się ją przekrzyczeć. - Ona próbowała mnie uwolnić - po tych słowach zamilkła - Byłem związany linami i zakuty. Za pierwszym razem strzeliła w węzeł, za drugim chciała w kajdanki. Ona pokonała tamtych, chciała żebym ja się zajął razem z nią tą resztą, która uciekła.- M osłupiała. Milczała przez najbliższe 5 minut. Po tym czasie zadzwoniła do kogoś i wyszła. W połowie rozmowy wróciła s powrotem do mnie i zapytała "czy jesteś pewien?". Odpowiedziałem że "tak". Znowu wyszła. Po 10 minutach wróciła i właśnie wybierała numer do jej przydupasa.


- Jedziemy, zbieraj się.- kiedy tylko wszedłem do auta M zaczęła: - od początku... Ma na imię Shatle. Jakiś czas temu była najbardziej poszukiwaną osobą na całym świecie.
- Dlaczego? - zapytałem.
- Ponieważ była gangster-ką najtrudniejszą do złapania. Jest bardzo dobrze wytrenowana. W pewnym momencie kiedy się odłączyła od swojej grupki, łapaliśmy ją i wsadzaliśmy do więzienia. ...    Z każdego uciekała - dodała po krótkiej przerwie.- naprawdę, każdego. Należała do "wilków". Wiesz kim są?
- Coś słyszałem... chwila... "są" a nie "byli"?
- Nie. Oni wciąż są. Napadają na bank w czarnych strojach, zabierają wszystkie pieniądze i zostawiają 2 zł. Następnie, nie wiadomo jak,  rozsadzają wszystkich ludzi od środka. Wszystkich w banku, wszystkich w okolicy.  A teraz praktyczne informacje. Ona dużo nacierpiała się w całym swoim istnieniu. Więc proszę cię, kiedy będzie smutna, nie reaguj, nie pocieszaj jej, zostaw ją w spokoju. Bądź przy niej, ale nie reaguj. Ona tak ma. Po drugie. Często robi jej się słabo, czasami wymiotuje krwią, pije dużo różnych dziwnych trunków.
 Dojechaliśmy na miejsce - agencję CIA. Weszliśmy do środka. M zaprowadziła mnie do piwnicy, do jakiegoś tunelu. Szczerze, nie miałem pojęcia o tej części budynku... Szliśmy białym korytarzem, bardzo mocno oświetlonym. Po bramce, która wykrywała broń, jeden w białym fartuchu mnie zapytał "Pierwszy raz?", skinąłem głową. Uśmiechnął się i powiedział "to się możesz trochę zdziwić". Weszliśmy do w pół szklanego korytarza, który znajdował się koło ogromnej sali. Na środku niej znajdowała się wielka szklana, pionowa rura wypełniona przeźroczystą mazią. W środku znajdowała się ona - piękna Sue, Shatle, czy jakkolwiek się nazywała.
- Nie zatrzymuj się, chodź dalej - powiedziała M. - Ponieważ uciekała z każdego więzienia byliśmy bezbronni. Pewnego dnia znaleziono ją zatopioną w tej mazi. Wyciągnęliśmy ją z tego i okazało się że żyje. Czymkolwiek jest ta maź, jako jedyna potrafi ją zatrzymać. Jak dokładnie działa, nie wiemy. Jedyne co wiemy to to, że zatrzymuje jej zegar biologiczny. Ona czuje jakby weszła i wyszła, a naprawdę minęło 10 lat.

    Za drzwiami był kolejny korytarz, krótszy tym razem. Pod ścianą znajdowały się dwa stare krzesełka: jedno zniszczone, drugie podziurawione - zostań tu. Poczekasz na nią.
Sama poszła dalej. Postanowiłem poczekać na stojąco. Korytarz taki jak poprzednie - biały bardzo mocno oświetlony, przede mną szklane pancerne drzwi. Za nimi szare pomieszczenie z kratkami na podłodze. Po 15 minutach na taśmie (takiej jak w centrach handlowych, tylko dużo większej) wyjechała skulona, lekko zakrwawiona Shatle. Z trudem wstała. Próbowała chodzić, chwiała się. Po jakimś czasie to przeszło. Podeszła do ściany i wyciągnęła z niej 3 noże, które sobie potem włożyła do kieszeni. Porozciągała się, zrobiła kilka bardzo mocnych wykopów. Do mojego korytarza weszła M. Shatle (wciąż za szklanymi drzwiami) ustawiła się idealnie na wprost mnie. Z głośników żeński głos zaczął dokładnie mówić dzisiejszą datę i godzinę...
-Jeden dzień?! - krzyknęła - Jeden? Wy se jaja robicie?! Mnie osobiście to nie śmieszy.- po tych słowach otworzyły się drzwi, M podeszła do Shatle - Ty?! Chyba japier...
- Witaj Shatle. - powiedział M.
- Co chcesz? - odparła z niechęcią.
- My nie żartujemy. To prawdziwa data. James powiedział prawdę...
- Gratuluję. To kiedy mnie wsadzicie z powrotem?
- Nie wsadzimy. Wracasz do roboty. CIA stwierdziło że znam cię lepiej niż oni, więc będziesz pracować u mnie na tych samych warunkach.
- Aha. Czyli kiedy mnie wsadzicie?
- Shatle - mówiła stanowczo - Zabieraj rzeczy, jedziesz z nami.
- A co jeśli...
- Chodź już! - krzyknęła - w bagażniku mam twoją piersiówkę... pełną.
- OK! Idę.
W windzie nikt nie pisnął słowem. W drodze do samochodu też. Dopiero przydupas M zaczął gadać, ale M go uciszyła. Jechaliśmy do nowego MI6. Za kierownicą był przydupas, koło niego M, za nią Shatle a obok niej ja. Całą drogę (Shatle) patrzyła przez okno. Dało się od niej czuć... jakby smutek, tęsknotę...

   Zaraz po wejściu do budynku, starsi pracownicy zaczynali się śmiać pod nosem i krzyczeć coś w stylu "Broń 103 wróciła" , "Broni 103, co tak długo" "Broń 103!" "tęskniliśmy". Weszliśmy od razu do gabinetu M. Shatle spokojnie usiadła na krześle zakładając nogę na nogę.
- Zaczynajmy. Dostałam kilka rozkazów z góry w stylu instrukcji obsługi ciebie, ale ja cię znam lepiej i wiem że lepiej działasz bardziej z wolną ręką. Szukałam dla ciebie posady i ... niestety... znalazłam tylko jedna... nie będziesz z niej zadowolona...
- Do rzeczy M - odparła moja towarzysza.
- 004.
Zaśmiała się na cały pokój.
- Ja pier**le... Teraz to sobie dopiero jaja robicie.
- Nie. Tak będzie i kropka. Tu masz dokumenty. Nie musieliśmy ich nawet zmieniać. Chyba że trzeba...?
- Nie. Dawaj.
- Popracujesz tydzień w budynku, potem dam ci urlop 2 tygodniowy na który pojedziesz z 007.
- Czym się zajmuje 004? - zapytałem.
- Pomaga w każdej misji agentowi 007 - mówiła Shatle - ale to nie znaczy że jestem na każde zawołanie...
- Aż tak za mną nie przepadasz, że tak się cieszysz z tej posady?
- Nazwijmy to... złe wspomnienia... - po tych słowach, spojrzała na M i szeptem dodała "a propos", po czym M mnie wyprosiła.

<<>>>
James lekko zdziwiony wyszedł z gabinetu. Ostatnie co zobaczył przez szklane drzwi to mnie otwierającą moją piersiówkę.
- Jak się czujesz? - spytała M.
Spojrzałam na nią wzrokiem mówiącym "are you kidding me?"
-A jak myślisz? - zapytałam podirytowana.
-No tak.... ale wiesz, kultura wymaga zapytać...
- Po za tym że się trochę zdziwiłam spotykając nowego Bonda.... - po tych słowach zaczęłyśmy konwersację właściwą. - więc? Co się z nim stało?
- Odszedł na emeryturę. Wiem że za wszelką cenę będziesz chciała go znaleźć, ale pomóc ci za bardzo nie mogę. Jedyne co wiem, to to gdzie zatrzymał się na noc od razu po odejściu.
- To mi za dużo nie da.... znasz go... wiesz że to ostatnie miejsce, w którym by się pojawił.... - westchnęłam i chwilę siedziałyśmy w ciszy, którą przerwał James pukający do drzwi. M kiwnęła że może wejść.

<<>>>
Wyszedłem z gabinetu i cała sala się na mnie patrzyła a Lucas podbiegł do mnie.
- Co ona tu robi?
- Będzie tu pracować.
- Znowu? Fajnie, stęskniłem się...
Zeszliśmy na dół.
- Lucas? - zapytałem.
- Tak?
- Co o niej wiesz?
- Ho, ho... ciężko jest wiedzieć o niej wiele ponieważ: a) mało o sobie mówi, i bardzo niechętnie, b) jest dosyć tajemnicza, c) M nie pozwala wypytywać... ponoć wtedy nie potrafi pracować... to jej chyba jedyny słaby punkt. Co ci mogę o niej powiedzieć...? Jest silna, mądra, sprytna, arogancka, wyluzowana, mało oficjalna żeby nie powiedzieć że w ogóle, okrutna, niezbyt cierpliwa, czasami można by ją nazwać zbuntowaną nastolatką. Nie musi pić żeby zachowywać się jak pijana... przy okazji.. jest nałogową pijaczką, genialną haker-ką i aktorką. Zna się bardzo na medycynie, muzyce, torturach, psychice ludzkiej, geografii, wierzeniach różnych plemion i wielu, wielu innych rzeczach. Może potem ci poopowiadam więcej, ale teraz idź po Nią na badania, Shatle też możesz zabrać.
Wróciłem na górę, zapukałem do drzwi i wszedłem.
- Nie chciałbym przerywać, ale muszę powtórzyć testy sprawnościowe..i.... chciałem zapytać czy droga koleżanka nie chciała by mi potowarzyszyć?
- Z chęcią. EmMa pójdziesz z nami?
- Beze mnie nie mogą się odbywać... a zwłaszcza przy.. tobie, Shatle.


%%%%%%%%%%
Od autora:
Yo!  Wciąż nie wieżę że to robię... jak mi się udało to zrobić punktualnie? Nie mam bladego pojęcia! No nic... wierzę w siebie i oby tak dalej. Wczoraj udało mi się awansować co oznacza że będę mieć jeszcze więcej roboty i będę jeszcze bardziej zajęta... no cóż.... cieszę się z awansu i spróbuję połączyć wszystko z punktualnym pisaniem opowiadań.... liczę że mi wyjdzie. Ten fragment pisałam łącznie jakieś ....hmmm... 9/10/11 godzin? To dużo gorszy wynik niż poprzedni... (poprzedni wynosił 4/5/6 godzin)... ale wiecie, wakacje się skończyły ... więcej papierów do uzupełniania, więcej zarywanych nocy.... Nic. Mam nadzieję że moje błędy logiczne, stylistyczne, ortograficzne, interpunkcyjne i inne was nie załamują (aż tak) i chociaż troszkę się wam opowiadanie podoba. Miłego dzionka i niech skarpetki dobrze służą.


Zbiór ciekawostek i hasełek:
- nowe trampki i awans... czego chcieć więcej?
- piosenka na dziś
-"no i Sam przyszedł sam do Shatle bo coś się działo z Dean'em"
- koteciek....
-"Eren zjedz snickersa bo zaczynasz gwiazdorzyć"
- odp. do pytania 1: CZASU!!
- "My anaconda don't"


Wasza Zuzu
~Audycja zawiera lokowanie produktów

niedziela, 31 sierpnia 2014

Bal (S)

  
listopad, godzina 16:30, Londyn, Belsize Park,

      Rozejrzałem się dookoła siebie. Na przejściu dla pieszych stałem ja (James Bond (Daniel)) i jeszcze jedna kobieta, która się do mnie uśmiechała. Spojrzałem przed siebie.
- Na bal? - zapytała bardzo pogodnym głosem.
- Ja?- odpowiedziałem zdziwiony.
- Tak. Nikogo tu więcej nie widzę... poza kierowcami - dodała śmiejąc się.
- Słusznie. Idę na bal. A pani?
- Idę."Pan" tańczący?
- To zależy co ma pani na myśli...
- Czy będzie "pan" tańczył taniec powitalny.
- Tak, będę. Mój numer to 28... gdyby... to panią interesowało ... A pani?
- Hmmm....?
- Pani numer. Jaki. Oczywiście jeśli można spytać.
- A...hihi.... eeeem... tak... Będę tańczyć, nawet ten taniec początkowy. Ale...
- Ale co? - w tym momencie kobieta weszła na jezdnię. Dlaczego? Ponieważ pojawiło się zielone światło. Poszedłem tuż za nią. Kiedy ją dogoniłem zapytałem znów:
-Ale co, co?
- Ja nie znam swojego numeru.
- ...
- "Normalni" ludzie nie wiedzą. Jest pan jakimś ważnym znajomym?
- Eee...
 zaśmiała się.
- Spokojnie, lubię się droczyć.- chwilę po tych słowach sięgnęła do torebki. Wyciągnęła telefon, przeprosiła mnie i zadzwoniła na jakiś numer. Powiedziała coś na tyle cicho i niezrozumiale że wydawało mi się to trochę podejrzane. Po powiedzeniu kilku słów, rozłączyła się i schowała telefon s powrotem.
- To już tutaj. - pokazała palcem na mały budynek. Stał przed nim jeden mężczyzna.- Oki. Widzisz ten budynek tu o?
- Tak.
- To jest szatnia damska. A widzisz ten budynek tam o?
- Tak.
- To jest szatnia męska. Tuż za nimi stoi ogromna sala. Na niej będzie bal. Jakieś pytania?
- Tak. Czy tego "normalne" osoby nie powinny NIE wiedzieć? - zapytałem uśmiechając się.
- Jeżeli jesteś "normalny" to dostajesz zaproszenie i czytasz co jest na nim napisane. Tak, to wszystko właśnie z niego wiem. Ty tego nie wiedziałeś? - odpowiedziała śmiejąc się. Poklepała mnie po ręce i ruszyła w kierunku przebieralni damskiej.
- Do zobaczenia - odpowiedziałem i ruszyłem w kierunku przebieralni męskiej.
- Oby! - odpowiedziała wchodząc do budynku.

  Gdy wszedłem do przebieralni wszyscy się odwrócili i na mnie spojrzeli. Odebrałem swój numer i karteczkę przyczepiłem do kieszonki marynarki. Wszedłem na salę i podszedłem do swojego stolika. Po ok. 3 minutach podszedł do mnie kelner i powiedział: "Martini z domieszkiem wódki. Wstrząśnięte, nie mieszane dla pana". Do stolika podszedł pewien mężczyzna i dwie kobiety. Razem w czwórkę siedzieliśmy i po jakiś 15 minutach na scenę wyszedł Jared Roll. Sala była już pełna. Przy stolikach, które znajdowały się przy ścianach, siedzieli po 4, 5 i 6 osób. Organizator powiedział piękną przemowę, złożył podziękowania, po owacjach, do mikrofonu podszedł pewien mężczyzna i zaczął wyczytywać numery par. Ja spokojnie czekałem na mój. "pani o numerze 5 oraz pan o numerze 17, pani o numerze 9 oraz pan o numerze 12..." i wreszcie "pani o numerze 23 oraz pan o numerze 28". Gdy podszedłem do ustawiającej się kolumny zobaczyłem ją. Tą samą piękna kobietę,  którą spotkałem wcześniej, tą która w tym momencie miała na sobie cudowną suknię, tą która najpewniej ustawiła to że jestem z nią w parze, tą która najprawdopodobniej będzie chciała mnie zabić i tą która najprawdopodobniej jest tą złą. Pan Roll klasnął w ręce, sala zamilkła a orkiestra zaczęła grać. 15 par zaczęło tańczyć.
- Dzień dobry. Cóż za niespodzianka - powiedziała wciąż tańcząc, a robiła to tak pięknie, że miałem wrażenie jakby ta piosenka została stworzona dla niej. Była dużo lepsza ode mnie. - Tak w ogóle, jak panu na imię?
- Nazywam się Bond, James Bond.- po tych słowach jakby się zdziwiła, jakby pobladła. Przez całą piosenkę nie dowiedziałem się jak jej na imię. Zwracała mi uwagę na różne osoby. Na koniec piosenki dodała coś w stylu "plotkara ze mnie". Wszyscy zaklaskali, przeszczęśliwy pan Roll po tańcu wszedł znowu na scenę i podszedł do mikrofonu.
- Dziękuję wszystkim za...- w tym momencie usłyszałem kilka strzałów, zobaczyłem padającego na ziemię, zakrwawionego i martwego Jareda Rolla.

   Od razu spojrzałem na moją towarzyszkę i ku mojemu zdziwieniu okazało się że to nie ona go zabiła. W jednym momencie wszyscy (ona też) na tej sali odwrócili się w moim kierunku,wyciągnęli broń i celowali we mnie.
- Dzień Dobry panie Bond - odezwał się za mną żeński głos - proszę puścić broń, Will i John złapcie naszego gościa. - w tym momencie złapało mnie 2 silnych mężczyzn, nawet szarpiąc się nie dałbym rady uciec. Przywiązano mnie do krzesła. Wszyscy odsunęli się pod ściany a na środku został Will, John i 3 kobiety. - Czy wygodnie panu? Może coś do picia, coś do jedzenia?
- Nie trzeba - odpowiedziałem skrępowany - ale liny trochę ciasno - dodałem sztucznie  uśmiechając się.
- Oooo... Wil zajmij się linami, a... skoro nasz gość taki skromny... Sue przynieś panu drinka.
 W tym momencie podszedł do mnie facet i zawiązał mi jeszcze ciaśniej liny, Sue okazała się być moją towarzyszką. Przyniosła mi drinka i postawiła €z koło mnie.
- Oj, na śmierć o tym zapomniałam. Ja pana znam ale pan mnie chyba nie... Nazywam się Melissa Flores, od 2 lat choruję na raka i od 2 lat mam postanowienie że spełnię sobie jeszcze wszystkie swoje marzenia.
- Naprawdę? - zapytał John lekko oburzony.
- Nie idioto! ... - krzyknęła po czym próbowała odetchnąć i się uspokoić - przepraszam...
- No to jak to było w końcu? - zapytał John.
- Było tak że się kurde nudziłam i stwierdziłam że politycy nas okłamują i nas okradają! Więc postanowiłam zabić i najlepiej okraść jednego w najlepszych przyjaciół pewnego ministra. Kurde zobaczyłam was i was zatrudniłam. Wszyscy będziemy bogaci a kilka osób sobie zginie! KONIEC! TERAZ, delta 1 zniszczyć mi tą ścianę, delta 2 otworzyć mi ten cholerny sejf, a pan, panie Bond wie pan już za dużo, so...- była bardzo zdenerwowana, krzyczała. Ludzie spod ścian podbiegli do jednej ściany i wwiercili się na głębokość 20 centymetrów do ogromnego,czarnego i pancernego sejfu. Na sali zapadła cisza. Jeden mężczyzna zaczął otwierać sejf. - podajcie mi nóż!- krzyknęła stojąc do mnie twarzą a wystawiając rękę do tyłu. W tym momencie zobaczyłem jak ktoś wbija nóż w rękę Melissy, jęcząc z bólu odwróciła się i zobaczyła Sue puszczającą do niej oczko. Wszystkim szczęki opadły. Sue ukłoniła się, powiedziała "autografy później" , wyciągnęła karabiny i zaczęła strzelać do innych ludzi. Odpięła sobie dół sukni pod którą miała krótkie spodnie. Walczyła jak jakiś samuraj, używała noży jak przedłużenia swojej ręki. Ściągnęła perukę pod którą okazał sę jej prawdziwy kolor. Białe i krótkie włosy z długim białym warkoczem. Asasyn lub kimkolwiek ona była, Ona sama na 80 ludzi a co dziwne, to oni nie dawali sobie z nią rady. Zabiła 30-tu, ogłuszyła 30-tu, 20-tu samo uciekło. Odwróciła się w moją stronę.
- Co,
ja? Sama mam się z nimi bawić? No choć pomożesz mi - to mówiąc strzeliła w supeł który sam się rozwiązał i wycelowała w moje kajdanki...
  Do sali wbiegła spora grupa antyterrorystów. Lekko opancerzeni agenci FBI, CIA, zwykła policja, CSI i kilku innych ludzi. Dwóch z bazukami wybiegło przed ala szereg i strzeliło z nich do Sue. Dziewczyna padła na ziemię poobklejana dziwną przeźroczystą mazią.
<<><<
Jedyne co słyszałam (ja czyli ta właśnie cała w mazi) to oklaski policji, emulsja zaczynała działać. Przestawałam widzieć. Nie umiałam się do końca ruszać. Co się stało? Dlaczego w trakcie misji wbili moi przełożeni? Straciłam czucie w rękach, powoli nogi też przestawały się mnie słuchać. Zrobiło mi się duszno. Wracam do słoika. Przez kolejne trzy lata mój zegar biologiczny zrobi stop. Jakieś szare coś nagle pojawiło się przy Bondzie którego już przestawałam widzieć. Trzech czarnych podbiegło do mnie... chyba to byli antyterroryści... no bo kto mógłby do mnie podbiec... wzięli mnie na nosze. Coraz mniej potrafiłam już ruszać głową. Ostatnie co "zobaczyłam" i "usłyszałam" to jakieś chyba łyse coś na wózku (?) mówiło "...stem ...sor ..arl.. Xavier..." . Obłożyli mnie większą ilością emulsji. Tyle pamiętam...
<<><<
Podbiegło trzech antyterrorystów i przełożyło ją na nosze. Podszedł Bill i mnie rozkuł.
- Jeszcze inni uciekli... - dodałem
- Wiem, już się nim zajęliśmy - odparł Bill.
- Co jej zrobiliście?
- Ona jest zła, zabiła by cię. Już nawet miała zamiar, całe szczęście weszliśmy w odpowiednim momencie. Idzie do "więzienia". Już nikomu nie będzie zagrażać.
- Chodź już- powiedziała M- mamy dużo do roboty.
- Czy mógłbym powiedzieć coś na jej temat?
- Tak... ale jak załatwimy swoje sprawy.


%%%%%%%
Od autora:
Yo! To pierwszy fragment tej dłuuuuugiej historii. Mam nadzieję że się podoba. Obiecuję dokończyć opowiadanie. Postaram się wstawiać kawałki raz na 2/3 tygodnie... jak wyjdzie? Zobaczymy :)


Zbiór ciekawostek, hasełek...
  •  YOUR FACE IS BEAR!!
  • SWAGetti YOLOneze
  • "Klapki mi zapleśniały"... "przekaż 1 % na biedne klapi"
  • Pascal mistrzem! Kiedy robił bułeczki zaczął opowiadać że są jak... takie pośladki... "tak się fajnie klepie"


Wasza Zuzu
~Audycja zawiera lokowanie produktów